BIESZCZADYPODRÓŻUJĘ

6. dzień na szlaku. Gdzie jest ten Smerek?!

Joanna639 views
Mój wędrowny kompan

DZIEŃ 6. W Bacówce Pod Małą Rawką wyspałam się jak dziecko. To był zdecydowanie najprzyjemniejszy i najspokojniejszy nocleg podczas naszej wyprawy. Wstaliśmy skoro świt, aby krótko po 8 wyruszyć na szlak już po raz ostatni. Ponieważ bacówkowy bar był jeszcze zamknięty zmuszeni byliśmy dobrać się do naszych konserwowych zapasów. Dość nieszczęśliwi skonsumowaliśmy „na współę” puszkę mielonki, zagryzając ją pełnoziarnistym pieczywem, kiedyś może chrupkim, dziś już jednak dość gumowym. Najbardziej brakowało nam gorącej kawy. Wiedzieliśmy jednak, że zbliża się burza i nie chcieliśmy ryzykować.

Jak prawił Julek z Chatki Puchatka, gdyby złapała nas burza, mielibyśmy jak najszybciej schodzić w dół. Nie czułam się z tą myślą komfortowo, szczególnie po moich przygodach sprzed dwóch lat na Babiej Górze (1 725 m n.p.m., Beskid Żywiecki). Tuż po wdrapaniu się na szczyt zaczęło lać i rozpętała się zatrważająca burza. Z moją drugą połówką zbiegaliśmy co sił w nogach do Przełęczy Krowiarki (1 010 m n.p.m.), gdzie można było znaleźć bezpieczne schronienie. Lało jak z cebra. Pomimo tego, że mieliśmy profesjonalne trekkingowe buty ponad kostkę i tak byliśmy cali przemoczeni, bo woda wdzierała się górą. Pioruny waliły niemiłosiernie. Jeden z nich uderzył bardzo blisko nas. Pamiętam ten strach i za nic w świecie nie chciałabym znowu tego przeżyć. Szczególnie z takim ogromnym ciężarem w postaci plecaka. A już za nic w świecie nie chciałabym narażać na niebezpieczeństwo mojego dorosłego, ale bądź co bądź młodszego Brata. Dlatego też zaraz po zjedzonym śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Mała Rawka. Widok na Wielką Rawkę
Mała Rawka. Widok na Wielką Rawkę

Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie ponad 10-kilometrowy odcinek. Pierwotnie mieliśmy w planach wejść jeszcze w drodze powrotnej na Krzemieniec (1 221 m n.p.m.), na którym zbiegają się granice trzech państw: Polski, Słowacji i Ukrainy. Z ciężkim sercem zrezygnowaliśmy, ponieważ góra nie była ani po drodze – musielibyśmy zboczyć na Wielką Rawkę i kontynuować w zupełnie innym kierunku niż nasz docelowy. Postanowiliśmy tu jeszcze kiedyś wrócić. Ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku Małej Rawki, na którą znowu czekała nas ponad godzinowa stroma wspinaczka. To dzisiejsze podejście oraz to wczorajsze z Ustrzyk Górnych na Wielką Rawkę uważam za dwa najcięższe i najbardziej wymagające podczas naszej bieszczadzkiej przygody. Muszę przyznać, że dzisiaj już byłam naprawdę zmęczona. Kręgosłup bolał niemiłosiernie, a ramiona, poocierane i poobijane, też dawały się we znaki. Z przerażeniem myślałam, ile wizyt u fizjoterapeuty będę potrzebowała, aby doprowadzić się do porządku. Ponadto nie zrealizowałam, o zgrozo!, żadnego z biegowych treningów, zaplanowanych na pobyt w Bieszczadach. Po prostu nie miałam na nie fizycznie siły… Pod znakiem zapytania stał mój półmaraton, pierwszy po półtorarocznej przerwie, który miałam pobiec tydzień później. (Jednak pobiegłam. 😉 O tym, jak było ciężko, przeczytacie tutaj.)

Mała Rawka zdobyta!
Mała Rawka zdobyta!

Obolali i wymęczeni kontynuowaliśmy naszą drogę powrotną zielonym szlakiem z Wielkiej Rawki aż do Wetliny. Przez godzinę nie spotkaliśmy na naszej drodze nikogo. Miało to swój urok, ale monotonna, niemalże pozioma trasa i zmęczenie, przywoływały strach spotkania misia, czy innego „stwora”. Wiem, że to bardzo mało prawdopodobne, a mojemu Bratu, jak się później okazało, nawet nie przeszło to przez myśl, to jednak nie było to niemożliwe. I co z tego, że edukowałam się, jak się zachować. Mamy przecież ciężkie plecaki i zanim zdążymy jakkolwiek zareagować, będzie już po nas. Na szczęście nie mieliśmy żadnego nieprzyjemnego spotkania 3-go stopnia. Tylko kilka jaszczurek, których nie znoszę, przecięło mi drogę. Przynajmniej mój Brat miał niezły ubaw z moich histerycznych reakcji.

Zielony szlak z Małej Rawki do wsi Rawka
Zielony szlak z Małej Rawki do wsi Rawka
W oddali nasz pierwszy przystanek - Połonina Wetlińska
W oddali nasz pierwszy przystanek – Połonina Wetlińska

Leśna część zielonego szlaku

Ostatnie 30 minut przed zejściem na drogę asfaltową przemierzaliśmy lasem, królestwem hub, które licznie porastały okliczne drzewa. W końcu naszym oczom ukazała się Wielka Pętla Bieszczadzka. Przed sobą mieliśmy jeszcze jakieś 5 kilometrów do Smereka, gdzie znajdował się punkt, z którego 6 dni temu wyruszyliśmy na podbój Bieszczad. Było gorąco, pot lał się z nas niemiłosiernie. Byliśmy spragnieni i mega głodni. Muszę przyznać, że byłam na skraju załamania. Zmęczenie maratońskie to przy tym pestka. W spożywczaku rzuciliśmy się na Colę, która okazywała się zawsze zbawieniem w takich sytuacjach. Pomogła i tym razem. Resztkami sił dobiliśmy do Smerka. Zrobiliśmy sobie fotę w miejscu, z którego startowaliśmy. Ciężko było o uśmiech. Dotarliśmy do auta. Zrzuciliśmy plecaki i włożyliśmy je do bagażnika a sami rozsiedliśmy się na tylnych siedzeniach wietrząc stopy i delektując się ulubionym Prince Polo XXL. W ogóle nie przeszkadzało mi, że straciło już swój pierwotny kształt a czekolada ciekła po paluchach.

Królestwo Hub na zielonym szlaku
Królestwo Hub na zielonym szlaku

W końcu pojawiła się wybuchowa mieszanka uczuć: radość, duma, wzruszenie i… ulga. Spełniło się jedno z moich marzeń, długo już czekających na realizację. Marzenie, które było skazane na sukces. Moja pierwsza prawdziwa górska wędrówka z plecakiem została właśnie zrealizowana. Mieliśmy za sobą wspaniałych prawie 100 kilometrów. Jeszcze długo mogłabym się tym zachwycać, ale odezwała się w nas potrzeba – w hierarchii jedna z podstawowcyh – głód. Postanowiliśmy uczcić nasze osiągnięcie porządnym kawałem mięcha w tej samej Chacie Wędrowca, w której jedliśmy nasz, rzekomo ostatni ;), normalny obiad przed wejściem na szlak, kilka dni temu.

Flora Bieszczad. Myśleliśmy, że Wężymord, a tymczasem to Goryczka
Flora Bieszczad. Myśleliśmy, że Wężymord, a tymczasem to Goryczka

Tego dnia zasypiałam dobrze najedzona i spełniona. Kolejne marzenie na mojej liście doczekało się realizacji. Najważniejsze, to uświadomić sobie, że przy spełnianiu marzeń nie wystarczy życzeniowe myślenie. Mówię chcę i to po prostu dostaję. Moje marzenie musiałam przekuć w cel. Następnie przygotowałam listę TODO i spis środków, które będą mi potrzebne do osiągnięcia celu. Kluczem do sukcesu była na pewno konsekwentna realizacja krok za krokiem. Ale nie taka fanatyczna i sztywna. Musieliśmy przecież uwzględnić warunki pogodowe na trasie – ulewę 2. dnia, czy nadchodzącą burzę ostatniego dnia, która de facto nigdy nie nadeszła. 😉 Są przecież czynniki niezależne od nas, na które nie mamy wpływu i nie pozostaje nic innego, jak je zaakceptować i się przysposobić. Na szczęście cała masa rzeczy i zdarzeń zależy tylko od nas. Realizujmy więc swoje marzenia i podążajmy za hasłem – DREAM BIG!

CIĄG DALSZY w postaci podsumowania wyprawy znajdziecie tutaj.