BIESZCZADYPODRÓŻUJĘ

Mała Rawka, wielki wysiłek i ruskie pierogi

Joanna694 views
Bieszczady to nie pagórki! A już na pewno nie wejście na Wielką Rawkę!

DZIEŃ 5. Wczorajszą wyprawę boleśnie odczuliśmy na naszej skórze. Delikatnie mówiąc troszkę się przypiekliśmy promieniami wczorajszego wspaniałego słońca (czytaj w Części 5.). Dziś był ten dzień, kiedy opuszczaliśmy na dobre Ustrzyki Górne. Nasz pobyt tutaj zakończyliśmy, jak zwykle przepysznym, twarożkowym śniadaniem w barze Kremenaros. W chwilę później zarzuciliśmy, znowu!, plecaki na plecy i wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Wielkiej Rawki (1 307 m n.p.m.). Początkowo część trasy prowadziła drogą Wielką Pętlą Bieszczadzką. Nie zdążyliśmy się jednak znudzić, ponieważ po około kilometrze weszliśmy na szlak wiodący lasem, który szybko przerodził się w niezłą stromiznę…

Nie podejrzewałam, że w Bieszczadach można się tak zmęczyć. Coraz częściej robiliśmy sobie przerwy a to na izotonik a to na batona energetycznego. Pnąc się w górę napotykaliśmy na pełne podziwu spojrzenia „bezplecakowych” turystów, najczęściej szusujących w dół. Oj, „połechtało” ego. Połechtało. 😉 W zasadzie aż do samego szczytu nie spotkaliśmy nikogo, kto miałby taki bagaż na plecach jak my. Myślę, że innym od razu robiło się lżej, gdy na nas spoglądali. Najgorsza faza zdobywania Wielkiej Rawki miała dopiero nastąpić. Wychodząc z lasu zauważyliśmy dość pokaźne skały, na których znowu przyszło nam wykorzystać dobrze już znaną pozycję grzybiarza. Obawiam się, że w innym wypadku mój plecak by mnie po prostu przeważył do tyłu. Dodatkowo mijająca nas grupa, schodząca w dół, nie omieszkała nas poinformować, że aż do samego szczytu czeka nas „hardcore”. Tę „wspinaczkę” wspominam jako jedną z najcięższych podczas naszej wyprawy.

Wielka Rawka zdobyta!
Wielka Rawka zdobyta!

Jak wielka była nasza radość, gdy udało nam się w końcu dotrzeć na szczyt. Widoki równie niezapomniane jak na Haliczu, czy Rozsypańcu. Rozciągająca się stąd panorama obejmuje przygraniczne połacie polsko-ukraińskie a także słowacką górę Wyhorlat (1 076 m n.p.m.). Widoczne są także wszystkie masywy połonin. Raj dla oka. Tylko też trochę zbyt dużo turystów jak na mój gust… Z Wielkiej Rawki czekała nas jeszcze około dwugodzinna wędrówka do Bacówki Pod Małą Rawką, gdzie mieliśmy dzisiaj zapewniony nocleg. Śmiało przetuptaliśmy przez Małą Rawkę (1 272 m n.p.m.) nie zatrzymując się, ponieważ mieliśmy zahaczyć jeszcze o nią jutro wracając do Wetliny.

Widok z Wielkiej Rawki. Zmęczenie nie pozwoliło uchwycić zbyt wiele...
Widok z Wielkiej Rawki. Zmęczenie nie pozwoliło uchwycić zbyt wiele…

Kiedy dotarliśmy do zejścia z Małej Rawki, śmiałość przerodziła się w niedowierzanie, a później coraz większe zmęczenie materiału. Okazało się, że zejście zielonym szlakiem z Małej Rawki jest równie strome jak wejście na Wielką Rawkę. Jestem typowym „downhillowcem” i w warunkach biegowych i „bezplecakowych” hasam w dół niczym kozica. Jednak z takim obciążeniem na plecach była to istna „mordęga”. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Mieliśmy wrażenie, że już nigdy nie dotrzemy do tej upragnionej Bacówki. Na szczęście po drodze natrafiliśmy na dość ciekawe zjawisko, które odciągnęło naszą uwagę od marszowej udręki. Zupełnie niespodziewanie, w środku lasu ujrzeliśmy… stado pasących się krów. Jak gdyby nigdy nic żuły trawę i przyglądały się nam spode łba. Odmiana krajobrazu dodała sił i na tej fali dotarliśmy w końcu do celu.

Z serii - Leśne spotkania. Na szlaku z Małej Rawki do Bacówki pod Małą Rawką
Z serii – Leśne spotkania. Na szlaku z Małej Rawki do Bacówki pod Małą Rawką

Drewniana Bacówka Pod Małą Rawką (930 m n.p.m.) okazała się niezwykle klimatycznym miejscem, wypełnionym ludźmi o bardzo osobliwym poczuciu humoru. Co rusz napotykaliśmy na porozwieszane karteczki z różnego rodzaju prośbami, czy komunikatami. Kartka na drzwiach wejściowych głosiła „Prosimy nie okazywać nadmiernego zainteresowania naszym psom – bo to nasze psy, a nie Wasze…”.

Poczucie humoru w Bacówce pod Małą Rawką

Racząc się miejscowymi pysznościami na tarasie nie można było przeoczyć obwieszczenia przylepionego do kuchennego okna – „To nie jest okienko odbioru. Jest otwarte, bo mi gorąco.” A raczyć się w Bacówce było czym. Serwowali między innymi całkiem smaczne pierogi ruskie i placki ziemniaczane z sosem czosnkowym. Zdecydowanie wygrywały z naszymi konserwami. Kiedy więc rozbrzmiało z okienka „Joanna, pierogi ruskie” pognałam niczym szalona, bom obżartuch nie z tej ziemi. Brat z kolei do dzisiaj zapamiętał smak bacówkowej kawy przygotowanej… w ekspresie ciśnieniowym. Trochę science fiction, jakim zapleczem dysponują dzisiaj schroniska.

Poczucie humoru w Bacówce pod Małą Rawką
Poczucie humoru w Bacówce pod Małą Rawką

Równie pozytywne wrażenie wywołał na nas nasz pokój. Z dwuosobowych „Solinek”, umieszczonych na pierwszym piętrze rozciągał się cudny widok na las. Pomimo minimalistycznego wyposażenia, pomieszczenie emanowało czystością i przytulnością. Na życzenie obsada bacówki udostępniała nawet czystą pościel. My jednak zdecydowaliśmy się na swoje śpiwory, aby choć trochę nawiązać do survivalu. Trochę problematyczne było tutaj mycie. Ciepła woda w, na szczęście nie koedukacyjnej, łazience była do dyspozycji tylko dwa razy w ciągu dnia, a to od 8:00 lub 20:00 godziny. Ponieważ w okolicy bacówki biwakował obóz młodzieżowy, który od 19:30 stał już w kolejce do mycia, straciłam nadzieję, że zaznamy dzisiaj ciepłej wody. Na szczęście załapaliśmy się na jakieś letnie resztki. Na umycie włosów już nie starczyło. Na szczęście jutro nie wybierałam się na wybory Miss Gór, ale na dalszą część naszej survivalowej wyprawy. Zresztą jeśli chodzi o wybory miss, to mogłabym dostać co najwyżej tytuł tej z najbardziej nieopalonymi nogami i… największymi łydkami. Górskie wakacje nie sprzyjają opalaniu i wysmuklaniu nóg. 😉

Bacówka Pod Małą Rawką
Bacówka Pod Małą Rawką

Jutro czekał nas ostatni dzień wyprawy, w którym mieliśmy dotrzeć z powrotem do wsi Smerek. Znając stromy szlak na Małą Rawkę nie cieszyliśmy się na tę „wspinaczkę”. Dodatkowo prognoza pogody ostrzegała przed burzą, już w godzinach południowych. Poszliśmy więc stosunkowo wcześnie spać, aby następnego dnia wyruszyć o poranku i bezpiecznie dotrzeć do celu. Zasypialiśmy dumni z pokonanych tego dnia stromych kilometrów.

CDN.