BIESZCZADYPODRÓŻUJĘ

Tarnica, Halicz, Wołosate. Wyprawa na kraniec Polski

Joanna621 views
Mój nieodzowny kompan na Tarnicy

DZIEŃ 4. Wyspaliśmy się w świeżej pościeli za wszystkie czasy! A do odespania były przecież tylko 2 noce. Obudziliśmy się uśmiechnięci i pełni energii ciesząc się na dzisiejszą wyprawę… bez plecaków! Po luksusowym śniadaniu w barze Kremenaros, gdzie serwują najlepszy na świecie twarożek, wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Tarnicę, najwyższy szczyt Bieszczad po stronie polskiej (1 346 m n.p.m.). Bez plecaków prawie lataliśmy! Choć przesadą byłoby stwierdzić, że w ogóle się nie męczyliśmy.

W drodze na Tarnicę. Widok na Połoninę Caryńską
W drodze na Tarnicę. Widok na Połoninę Caryńską

Kierunek Tarnica

Widok z Tarnicy
Widok z Tarnicy

Znowu przytłoczyła mnie liczba turystów. Do momentu zdobycia Szerokiego Wierchu (1 315 m n.p.m.) było to jeszcze do zniesienia. Natomiast pod samą Tarnicą było istne mrowisko. Na szczyt ukoronowany ogromnym krzyżem, postawionym tutaj na pamiątkę pobytu ks. Karola Wojtyły w 1953 roku szło się dodatkowo całkiem cywilizowanymi… schodami. Bez dłuższego namysłu okrzyknęliśmy Tarnicę najbardziej komercyjną górą Bieszczad, pstryknęliśmy sobie kilka zdjęć i… uciekliśmy stamtąd.

Tarnica. Veni, vidi, vici.
Tarnica. Veni, vidi, vici.

Pierwotnie mieliśmy w planie wracać z Tarnicy niebieskim szlakiem przez Wołosate bezpośrednio do Ustrzyk Górnych. Jednak po odwiedzinach na bieszczadzkim szczycie numer jeden czuliśmy tak wielki niedosyt, że zdecydowaliśmy się ruszyć dalej w stronę Halicza (1 333 m n.p.m.), trzeciego co do wysokości szczytu w Bieszczadach. Droga z Tarnicy prowadziła schodami w dół w kierunku oazy spokoju, którą okazała się Przełęcz Goprowska (1 160 m n.p.m.). Czerwony szlak między przełęczą a Haliczem zaczął się wyludniać. Prowadził wąską ścieżką nad potężnie nachylonym stokiem. Już teraz wiedziałam, że kontynuacja na Halicz była naszą najlepszą decyzją! Dzięki niej trafiliśmy na najpiękniejszy, najspokojniejszy i najbardziej dziewiczy szlak w Bieszczadach, jaki do tej pory przeżyliśmy. Nareszcie byłam w stanie zrozumieć, co mają na myśli ludzie pisząc lub mówiąc o uspokajającym charakterze Bieszczad. Czułam, że wszystkimi zmysłami chłonęłam otaczającą mnie przyrodę i spokój. Właśnie tak wyobrażałam sobie ten górski południowo-wschodni zakątek Polski. Nie były to zatem tylko mity. Czułam się przeszczęśliwa! Z Halicza rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na Tarnicę, na której przecież jeszcze przed chwilą sami byliśmy.

Przełęcz Goprowska z widokiem na Bukowe Berdo
Przełęcz Goprowska z widokiem na Bukowe Berdo
Cudowny czerwony szlak z Przełęczy Goprowskiej na Halicz
Cudowny czerwony szlak z Przełęczy Goprowskiej na Halicz

Na fali radości i przestudiowaniu mapy pewnego miłego starszego pana podjęliśmy dalszą, odważną, decyzję o wydłużeniu sobie trasy o… kilkanaście kilometrów. Byliśmy w końcu bez plecaków. Lataliśmy niczym ptaki. Jedynym problemem było słabe prowiantowe zaopatrzenie. W „bezplecakowy” dzień żaden z nas nie chciał „targać” ze sobą nadmiarowych kilogramów, dlatego zdecydowaliśmy się tylko na 4 batony energetyczne i dwa bidony – jeden z wodą, drugi z izotonikiem. Godzinę później przekonaliśmy się, że to jednak trochę… za mało. Był upalny dzień, a my musieliśmy zacząć oszczędzać nasze napoje, bo czekała nas jeszcze długa droga. Czerwony szlak z Halicza na Rozsypaniec (1 280 m n.p.m.) cały czas obfitował w cudowne widoki.

Jeszcze ciągle całkiem duże zasoby energii
Jeszcze ciągle całkiem duże zasoby energii

Z Rozsypańca, który swoją nazwę wziął od rozsypanych po jego zboczu skałek, dotarliśmy do Przełęczy Bukowskiej (1 107 m n.p.m.), która znajduje się na granicy polsko-ukraińskiej. Oprócz ciekawych widoków spotkaliśmy tu też niewiele mniej interesujący obiekt – ekologiczną toaletę, która wykorzystuje nowatorskie podejście przeniesione do polskich warunków z Alp francuskich. Działa ona bez wody i elektryczności, tylko przy wykorzystaniu specjalnego gatunku dżdżownic kompostujących, bez użycia żadnych środków chemicznych. Mam nadzieję, że ta koncepcja zostanie wykorzystana w większej liczbie miejsc, ponieważ czystość i user experience 😉 biją na głowę wszystkie dotychczasowe rozwiązania.

Sucha toaleta ekologiczna przy Przełęczy Bukowskiej
Sucha toaleta ekologiczna przy Przełęczy Bukowskiej

I ta właśnie toaleta była ostatnią interesującą rzeczą, jaką zobaczyliśmy na czerwonym szlaku prowadzącym z Przełęczy Bukowskiej do Wołosatego, polskiej wioseczki najbardziej wysuniętej na południe Polski, tuż przy granicy z Ukrainą. (Planowane jest zresztą w przyszłości otwarcie tutaj przejścia granicznego Wołosate-Łubnia. Termin jednak bliżej nieznany. Ach ten polski project management…) Były to dwie godziny niezmiernej nuuuudyyy. Czerwony szlak jest tutaj poprowadzony trawersem na południowo-zachodnim stoku Rozsypańca, drogą wyłączoną z ruchu drogowego, przez las. Dwie godziny dreptaliśmy prawie że w poziomie mając nadzieję, że w końcu wyjdziemy z tego lasu i ujrzymy tabliczkę Wołosate. Jedynym plusem było zacienienie, które chroniło nas przed nadmiernym pragnieniem. Z naszymi pitnymi zapasami było już naprawdę krucho.

Przełęcz Bukowska. Ciągle jeszcze ponad 4 godziny do celu...
Przełęcz Bukowska. Ciągle jeszcze ponad 4 godziny do celu…

Jaka wielka była nasza radość, gdy w końcu wyszliśmy na asfaltową drogę i po kilku minutach ukazała się naszym oczom zielona tablica Wołosate. Odetchnęliśmy. Nie na długo. Okazało się, że musieliśmy przebyć jeszcze spory kawałek, aby dotrzeć do jakiegoś cywilizowanego miejsca. Teraz zrozumiałam, dlaczego miesiąc wcześniej ludzie prawie parskali mi śmiechem do telefonu, gdy pytałam ich, czy mają jeszcze wolne miejsca noclegowe. Dziwiło mnie też, że tak łatwo podawali numery swoich potencjalnych konkurentów. „Proszę zadzwonić tu” i następowało dyktowanie numeru. Jak się później dowiedziałam, wieś liczy tylko około 50 mieszkańców. Noclegu w Wołosatem zawczasu nie znaleźliśmy, a myślę, że czas spędzony w tutejszej ciszy byłby najpiękniejszym relaksem. Z naszych obserwacji wynika, że powstaje tam nowa, całkiem pokaźna baza noclegowa. Być może załatwienie wakacyjnego lokum w Wołosatem w nadchodzących latach nie będzie już graniczyło z cudem.

Wołosate. Gdzieś na skraju Polski
Wołosate. Gdzieś na skraju Polski

Wracając do naszej dwójki – zmęczonej, spoconej, głodnej i spragnionej – w końcu dotarliśmy do sklepiku, gdzie nabyliśmy dużą wodę mineralną. Jakaż była radość, kiedy ugasiliśmy pierwsze pragnienie. Teraz pozostawało jeszcze zaspokoić głód. Jak przeciąg wpadliśmy do zajazdu przy końcu wsi i bez chwili zastanowienia zamówiliśmy żur z chlebem. Nasza konsumpcja była równie ekspresowa jak obsługa. Porcje zniknęły w zatrważająco krótkim czasie. A jak smakowały! Wygłodzeni do tego stopnia mieliśmy wrażenie, że nic lepszego w życiu nie jedliśmy.

Zdecydowanie bardziej rześko wyruszyliśmy w dalszą drogę do Ustrzyk Górnych. Ostatnie 6 kilometrów prowadziło asfaltową drogą – Wielką Pętlą Bieszczadzką. Na trasie pomiędzy tymi dwoma wsiami kursuje dużo ekologicznych busików, które są dobrym rozwiązaniem dla trochę bardziej leniwych turystów. My nie skorzystaliśmy. Nie przyjęliśmy też zaproszenia jednego z kierowców, który zatrzymał się tuż przy nas i zaproponował transport. Uznaliśmy, że byłby to swoisty walkower. Warunki sprzyjały – cudowna pogoda, podreperowane siły – i nic nie stało na przeszkodzie, żeby dotrzeć do Ustrzyk Górnych pieszo. Tak też zrobiliśmy. Docierając do schroniska mieliśmy na liczniku ponad 31 km. W chwilę później spaleni słońcem, ale umyci i wypachnieni, pałaszowaliśmy paprykarz szczeciński. Palce lizać a dzień udany jak nigdy! Dzisiaj po raz kolejny przekonaliśmy się, że spontaniczność jest potrzebna w życiu. Koloruje nam codzienność. …oraz że sprzyjające warunki należy wykorzystywać. I to maksymalnie! 😀

CDN.