BIESZCZADYPODRÓŻUJĘ

Ustrzyki Górne. W poszukiwaniu noclegu

Joanna577 views
OMG! Ale mgła...

DZIEŃ 2. Przez tego wstrętnego, chrapiącego dziada z Chatki Puchatka (czytaj w Części 2.) w ogóle nie mieliśmy siły na dalszą wędrówkę. Pogoda nie rozpieszczała. Góry spowite były mgłą, która znacząco utrudniała widoczność. Czuć było nieprzyjemną wilgoć i właśnie zaczynało mżyć. Naszym celem na dzisiaj była Połonina Caryńska (1 297 m n.p.m.) z noclegiem pod przełęczą zwaną Przysłupem Caryńskim (795 m. n.p.m.). Plecaki wydawały się dzisiaj jeszcze cięższe niż wczoraj. Obite ramiona bolały. Nie przejmowaliśmy się jednak i kontynuowaliśmy wędrówkę. Ślizgając się po kamieniach zeszliśmy z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych, gdzie oprócz parkingu i budki parkingowej nie było prawie nic. Łyknęliśmy gorącej herbaty z termosu, przyodzialiśmy peleryny przeciwdeszczowe, zakupione na ostatnią chwilę w słowackich Tatrach i ruszyliśmy dalej. Problem polegał na tym, że zaczynało padać. Później już srogo lało.

Lało do tego stopnia że na środku szlaku powstał całkiem konkretny strumień, który utrudniał poruszanie się. Dodatkowo co rusz pod nogami śmigały nam czarno-żółte salamandry. Nasze peleryny okazały się atrapą. Przemokliśmy do suchej nitki. Wyglądaliśmy jak dwie kupki nieszczęścia. A właściwie cztery, bo przecież jeszcze plecaki. Po kilku zawahaniach, postanowiliśmy zawrócić ze szlaku wiodącego na Połoninę Caryńską. Nie była to łatwa decyzja, ale najrozsądniejsza. Czasami nie warto iść w zaparte.

OMG! Ale mgła!
OMG! Ale mgła!

Do Koliby Politechniki Warszawskiej pod Przysłupem Caryńskim nie dostalibyśmy się, według naszych informacji, w zmotoryzowany sposób, okrężną drogą. Dlatego postanowiliśmy przedostać się z Brzegów Górnych do Ustrzyk Górnych, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg na trzecią noc. A nóż widelec się nad nami zlitują i dzisiaj. W najgorszym przypadku czekała nas gleba. Tylko teraz jak tam dojechać? Po kilkudziesięciu minutach wróciliśmy na wspomniany wcześniej parking, na którym pan parkingowy podzielił się z nami informacją niezbyt pokrzepiającą na duchu. Autobus do Ustrzyk Górnych miał jeździć raz dziennie, albo… w ogóle. Miałam w głowie wizję, że będziemy dreptać to prawie 10 km piechotą w tej ulewie. Takie przemoczone istoty miały raczej słabe szanse na stopa. Poza tym ruch samochodowy był tam prawie żaden. Wyobraźcie sobie, w jaką euforię wpadliśmy, gdy zobaczyliśmy na horyzoncie autobus i to w dobrym kierunku! Brat zaczął energicznie wymachiwać rękoma i w chwilę później jak dwie zmokłe kury jechaliśmy w ciepełku do Ustrzyk Wielką Pętlą Bieszczadzką.

Warunki pogodowe, delikatnie mówiąc, nie sprzyjały.
Warunki pogodowe, delikatnie mówiąc, nie sprzyjały.
Najgorsze jeszcze przed nami...
Najgorsze jeszcze przed nami…

Los nam sprzyjał, bo okazało się, że przystanek autobusowy znajdował się tuż przy schronisku, w którym mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce noclegowe na dzisiaj. W Kremenaros miny nam niestety szybko zrzedły, bo… miejsca nie było. Pozostawała tylko gleba, na którą wpuszczali dopiero od 22. Była 14. Apatyczna pani w recepcji nie wykazała się też empatią. Na pytanie, czy możemy się gdzieś przebrać i ogrzać, spojrzała z poirytowaniem i wskazała na sąsiadujący bar, też należący do schroniska. Podążyliśmy za wskazówkami. Wybraliśmy stolik. Zdjęliśmy plecaki i peleryny. Na ziemię chlusnęły litry wody tworząc dość pokaźną kałużę. Później nastąpiło szybkie suszenie i przebiórka w barowej toalecie. Wspominam to dość komicznie. W chwilę później zamawialiśmy gorące zupy. Brat w krótkich spodenkach i klapkach, ja na szczęście w bardziej zamkniętym biegowym outficie. (Tak, wzięłam do plecaka całe wyposażenie biegowe, mając nadzieję na uskutecznienie w Bieszczadach jednych z ostatnich treningów przed III BMW Półmaratonem Praskim. O ja naiwna!) Żurek i barszcz ukraiński smakowały jak nigdy.

Akcja suszenie dobytku w barze Kremenaros
Akcja suszenie dobytku w barze Kremenaros

Po konsumpcji nasunęło się pytanie, gdzie my dzisiaj będziemy spać. Przy pomocy mojego szybkiego inaczej internetu wyszukałam całą listę miejscówek, którą następnie obdzwoniłam. Bez powodzenia. Nie chcieli nas nawet w domu rekolekcyjnym! Jak się okazało, takich poszukujących jak my, było zdecydowanie więcej. Miałam wrażenie, że do Ustrzyk Górnych zjechała się ta druga połowa Polski, która nie dotarła jeszcze do Wetliny (czytaj w Części 1.). Po solidnym schaboszczaku z ziemniakami i surówką postanowiłam wybrać się osobiście na zwiady. „Face to face” zawsze łatwiej. Miałam nadzieję, że ktoś ulegnie mojemu urokowi… zmokłej kury. Przeszłam całą wieś. Ostatnią szansą był Hotel Górski PTTK, w którym wcześniej nie odbierano moich telefonów. Bingo! W ten sposób znalazłam chyba ostatni wolny pokój w Ustrzykach Górnych! Pani w recepcji nie dowierzając, że mogę chcieć wynająć TAKĄ miejscówkę, dała mi klucz w celu rewizji miejsca. Było strasznie! Zatęchły pokoik mieścił się w domku, który zapewne pamiętał jeszcze poprzednią epokę. W tym momencie nie obchodziło mnie nic innego, jak tylko mieć gdzie spać dzisiejszej nocy. Wbrew opiniom francuskim pieskiem nie jestem i potrafię się odnaleźć w każdych warunkach. Swoją drogą ciekawe, jak różne wydarzenia, głównie kryzysowe, są w stanie zmienić naszą perspektywę. Pognałam więc po Brata, z którym następnie przetransportowałam wszystkie rzeczy. Brat wzbudzał niemałą sensację człapiąc w klapkach przez całą wieś. Na dzisiaj nie pozostawało nam nic innego jak suszenie ciuchów, podreperowanie samopoczucia i refleksja.

Dzisiejszy dzień nauczył nas trzech rzeczy.

1. Cieszmy się tym, co mamy. Zawsze może być gorzej.

2. Gdy idziemy w góry, zabierzmy ze sobą porządne poliestrowe peleryny przeciwdeszczowe.

3. Modyfikujmy plany w zależności od sytuacji. Upartość to nie zawsze dobra cecha.

CDN.