Zürich Marathon 2017. Bieg po marzenia

Joanna2 comments669 views
Medal Zürich Marathon 2017. Awers

Ach jakiż to był dzień! Ostatnia słoneczna i bezwietrzna niedziela dostarczyła mi nie lada wrażeń. Jeszcze ciągle nie mogę uwierzyć, że przebiegłam swój drugi w życiu maraton! I to jaki! Ten wymarzony Zürich Marathon 2017. Jako jedna z ok. 9 000 biegaczy stanęłam na starcie już 15. z kolei wyścigu na dystansie królewskim, organizowanego w Zurychu. O 8:30 padła komenda startu i wyruszyliśmy w ponad 40-kilometrową podróż. Jak zawsze na pierwszym kilometrze prawie popłakałam się ze wzruszenia. Co było dalej? Przeżyjcie ze mną jeszcze raz mój Zürich Marathon 2017.

Czuję, że tym razem mogę powiedzieć „Jestem przygotowana do przebiegnięcia królewskiego dystansu”. (W przeciwieństwie do mojego pierwszego maratonu w 2014 roku…) Przez małe problemy zdrowotne, które pojawiły się w fazie przygotowań, wypadło mi kilka tygodni treningów. Wpłynęło to jednak tylko na to, że postanowiłam zmodyfikować swój pierwotny cel. Łamanie 4 godzin odłożyłam na przyszłość. Jak się później okaże planowane przeze mnie 4 godz. 15 min. były jednak niedoszacowanym założeniem.

Jest niedzielny poranek. Z moim najwierniejszym kibicem, o którym jeszcze będzie mowa, docieram do strefy startowej na 20 min. przed startem. Usilnie potrzebuję skorzystać z toalety, ale (i tu wielkie rozczarowanie organizacyjne) jest ich za mało! Dwa Toi Toi’e przy linii startu, a do nich dłuuuga kolejka. Postanawiam zatem biec z lekko obciążonym pęcherzem. (Teraz już wiem, jaki to bład!) No nic. Cieszę się, że pogoda dopisuje. To miła odmiana do zeszłego roku, kiedy to lało jak z cebra, wiało i było niemiłosiernie zimno. Ze względu na bliskość gór pogoda w Zurychu zmienia się jak w kalejdoskopie. Nigdy do końca nie wiecie, co Was czeka. Na szczęście dzisiaj zapowiada się przyjemne, słoneczne i bezwietrzne kilkanaście stopni. Wymarzona pogoda dla biegacza. Po wczorajszym przepysznym makaronie skonsumowanym na Pasta Party i dzisiejszym klasycznym lekkim śniadanku w postaci bułki z miodem, banana i słodzonej herbaty czuję się gotowa do biegu.

Tuż przed startem
Tuż przed startem
Do startu, gotowi, start!

Głośno odliczamy ostatnie sekundy. Zürich Marathon 2017 oficjalnie startuje. W chwilę po starcie jak zwykle nieziemsko się wzruszam. Lzy radości cisną mi się do oczu. Dziwne ze mnie stworzenie. Mam tak prawie przy każdym starcie. Chyba kocham to bieganie. 😉 Pierwszych 10 km biegnie mi się zaskakująco lekko. Chcę zwolnić, bo wiem, jak się kończy takie początkowe „wyrywanie się”. Źle. Każdy kilometr pokonuję jednak ok. 10 sekund szybciej niż sobie założyłam. Planowane tempo to 5:50 – 6:00 min/km.

Joanna 29+. Pierwsze 10 km
Joanna 29+. Pierwsze 10 km
Zupełnie nowe doświaczenie

Jedna rzecz mi wyjątkowo przeszkadza. Jest nim pełny pęcherz. Co rusz spoglądam na odbiegających w krzaki biegaczy, ba! nawet biegaczki, ale jakoś nie mogę się przemóc. 10 km przypada na okolice startu. Wpadam na pomysł, że skorzystam z tych obleganych wcześniej Toi Toi’ów. Już jakieś 200 m wcześniej śledzę wzrokiem, który jest wolny. Wlatuję do niego jak przeciąg. Robię swoje i już gnam dalej. Mam za sobą zupełnie nowe doświadczenie. 😉

Bojownicze żółwie Ninja

Kibice na szóstkę!

Pierwsze kilkanaście kilometrów wiedzie przez centrum miasta. Jest tu relatywnie dużo kibiców, którzy skandują, klaszczą i uśmiechają się. Jednym słowem – fajno. Na ok. 13. km spotykam panią w biało-czerownej koszulce z napisem Polska. Chwilę rozmawiamy, życzymy sobie powodzenia i już gnam dalej. Trasa wiedzie wzdłuż prawego brzegu Jeziora Zuryskiego aż do Meilen, gdzie ma zawracać. Im bliżej Meilen, tym widoki bardziej bajeczne. Coraz mniej dzieli mnie od skąpanych w słońcu Alp. Kilka kilometrów przed Meilen przebiegam przez bramę, która odlicza czas półmaratonu. Widzę dwie godzinki „z małym hakiem”. Buzia się uśmiecha. Wiem, że jestem na najlepszej drodze, by zrealizować swój plan. Kibice dopisują i na tej części trasy. Pewna pani dzwoni wielkim szwajcarskim dzwonem pastwiskowym (szczerze mówiąc nie wiem, jak jest w stanie go udźwignąć). Dzieciaki wykrzykują imiona biegaczy (te są dobrze widoczne na numerach startowych) dodając tradycyjne „Hop, hop, hop!”. Wszyscy się szeroko uśmiechają. Uwielbiam tę atmosferę!

Półmaraton już blisko
Półmaraton już blisko
Jedzą, piją, lulek nie palą

Punkty odżywcze są gęsto usiane na trasie. W zależności od miejsca oferują wodę w wersji luksusowej w mini butelkach ze sportowym zamknięciem (tego jeszcze nie grali!), napoje izotoniczne, batoniki i żele energetyczne, czekoladę, banany a przy końcu nawet Pepsi. Zaskakuje mnie niesamowita czystość na trasie. Organizatorzy przygotowali specjalne płachty, do których za punktami odżywczymi wrzuca się zużyte butelki. Mało co leży bezpośrednio na ziemi. Zürich Marathon 2017 ma klasę.

Strategia ponad wszystko

Dobiegam do Meilen. Kibice dopingują liczebnie na podbiegu i „nawrotce”. Z Meilen biegnie się lżej, ze świadomością, że wracam z powrotem do Zurychu. Mam kilka mniejszych kryzysów, ale jestem w stanie wybrnąć z nich obronną ręką. Kieruję się przygotowaną strategią. „Podziel wyścig na mniejsze części i myśl o każdej następnej, a później ciesz się, kiedy ją zdobędziesz.” Skupiam się głównie na punktach odżywczych, gdzie oblewam się wodą lub nawadniam się. Zjadam też żele. Jestem przeszczęśliwa, gdy po 30. kilometrze nadal niosą mnie w miarę świeże nogi. (W Poznaniu w tym czasie już umierałam z bólu.)

Boski Body Glide
Boski Body Glide
Kryzys mnie nie omija…

Nogi jednak zaczynają boleć. Na 33. km. A od 35. już cierpię. Ostatnie 7 km jest dość bolesnych. Obieram strategię, że biegnę do określonego kilometra i później żwawo idę przez ok. 100 m. Taki „myk” stosuję 3 razy i muszę powiedzieć, że naprawdę pomaga. Dzięki temu chwilowemu szybkiemu spacerowi każdorazowo odświeżam nogi i jestem w stanie gnać dalej. Trochę mi jednak za to wstyd. Mam nadzieję, że następny maraton przebiegnę już w całości. W tym kierunku będę pracować. Polecacie jakieś konkretne treningi, czy ćwiczenia? Na szczęście tym razem przynajmniej skóra wewnętrznej strony moich ud zostaje nienaruszona. Zawdzięczam to specyfikowi Body Glide, który zapewnia poślizg i zapobiega tarciu. Spisuje się na medal. Szczerze mogę go polecać dalej.

Euforia. Kilometr do mety
Euforia. Kilometr do mety
Jestem maratonką!

Ostatni kilometr Zürich Marathon 2017 jest rześki i euforyczny. Gnam. Taki dopalacz zawsze włącza mi się, kiedy cel blisko. Bez względu na to, jak bardzo byłabym zmęczona. Na mecie płaczę ze szczęścia. Nie wierzę, że już przebiegłam ten maraton. Nie wierzę, że ukończyłam go w tak dobrym, jak dla mnie, czasie. Cudne 4:05:44. Wręczają mi medal. Choć nie jakiś bardzo wyszukany artystycznie, to ciekawy, bo z godłem Zurychu i krótką historią miasta. Czeka na mnie również koszulka finiszera. Szalona pomarańczowa. Kiedykolwiek wyjdę na trening, będzie mnie widać. Czekają na nas marchewki, woda, Rivella (klasyczny szwajcarski napój na bazie serwatki) i bezalkoholowe piwo Erdinger.

Zürich Marathon 2017 zdobyty!
Zürich Marathon 2017 zdobyty!
Medal Zürich Marathon 2017. Rewers
Medal Zürich Marathon 2017. Rewers
…a najwspanialszym kibicem Zürich Marathon 2017 jest…

Moja druga połówka. Czeka na mnie na mecie. Choć nie jest biegaczem, cierpliwie znosi moje sportowe fanaberie. Dzień przed startem wybiera się ze mną na Pasta Party i po odbiór pakietu startowego. W dzień startu budzi się o świcie i „wcina” ze mną przedmaratońskie śniadanie. Odprowadza na start. Objeżdża prawie całą trasę maratonu na rowerze pojawiając się w najmniej oczekiwanych miejscach dopingując, obdarowując buziakami i rejestrując fotograficznie mój wyścig ze samą sobą. Po maratonie nazywa mnie „małpą, której nie można wierzyć”. (To a’propos zaplanowanego czasu. ;)) W końcu zabiera do domu. Karmi pizzą, a nawet trzema. Opiekuje się czule przez całą niedzielę, a na poniedziałek zaleca odpoczynek. Taki partner to skarb!

Pasta Party przed maratonem
Pasta Party przed maratonem
Pizza Party po maratonie
Pizza Party po maratonie

Jestem przeszczęśliwą „finiszerką” Zürich Marathon 2017. Po raz kolejny wygrałam ze samą sobą. Nie ścigałam się tutaj z nikim oprócz siebie. Takie zwycięstwo dodaje wiary w siebie i energii życiowej. Jeśli biegacie w zawodach, to doskonale wiecie, o czym mówię. Teraz póki co się regeneruję, ale powoli już nieśmiało myślę o kolejnym starcie. Do wyboru tyle miejsc i dystansów, że głowa mała… Natomiast Wam z całego serca mogę polecić Zürich Marathon. Rejestracja 2018 już otwarta. 😉