BIEGAMMOTYWACJA

Dlaczego jestem przeciętną biegaczką.

Joanna4 comments484 views
Przeciętna biegaczka

Co tu dużo gadać, uwielbiam biegać. Z uśmiechem na twarzy przebieram biegowo nogami już ładnych parę lat. Zaliczam wzloty i upadki. Przez chwilę już odnoszę wrażenie, że forma szybuje w górę, aż tu nagle wracam do punktu wyjścia. I tak w kółko. Kondycyjny Constans. Czuję się jak koliber energicznie trzepoczący skrzydełkami, wykonujący zawis. Niby wykonuję jakiś wysiłek, ale jednak stoję w miejscu. Jestem przeciętną biegaczką. Dlaczego?

Dodatkowe kilogramy? Nie mój problem.

„Przeczesując” media społecznościowe natrafiam na setki przemian wagowych. Najpopularniejsze to te „od pączka do sześciopaka”. Naprawdę robią wrażenie. Dla wielu droga do schudnięcia prowadzi przez ścieżki biegowe. Niektórzy osiągają zaskakująco dobre wyniki. W tym miejscu dochodzimy do aspektu motywacyjnego. Motywem działania tych ex-pączków jest nadwaga. Chęć schudnięcia popycha ich z impetem wprzód. Trudno mi nawet wyobrazić sobie tę siłę.

Ja nigdy w życiu nie musiałam walczyć z nadwagą. Nie będę ukrywać, że dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyglądać jak… buldog. Mieściłam się jednak nadal w przedziale wagowym przewidzianym dla mojego wzrostu. Po raz pierwszy wydarzyło się to jeszcze na studiach. W trakcie wakacyjnej pracy na Majorce stołowałam się stricte „fastfood’owo”. Przez 2 miesiące przytyłam 7 kilo. Równie szybko je zrzuciłam. Drugim przypadkiem, kiedy wskaźnik wagi poszybował nieznośnie w górę była farmakoterapia przy nadczynności tarczycy oraz towarzyszący jej zakaz uprawiania sportu. Na szczęście i tym razem dość szybko udało mi się wrócić do moich klasycznych gabarytów. I tak się bujam z tą moją przeciętną wagą, nie upatrując motywacji do jeszcze intensywniejszego biegania w nadwadze. Tej brak. Choć delikatnie „korci” mnie wizja obniżenia BMI poniżej 20. Słyszałam, że czuć wtedy jakościową różnicę. Ponoć lata się zamiast biegać.

W tej miłości jestem sama.

Widać jak na dłoni, że biegacze, których partnerzy też biegają, mają łatwiej. Mogą razem biegać, wspólnie ustalać plany treningowe, obmyślać strategie, wzajemnie się kontrolować i w końcu najzwyczajniej w świecie… gadać o bieganiu. Z wzajemnym zainteresowaniem. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze bywa tak różowo i ma to też pewnie swoje minusy. Nie zmienia to faktu, że wspólna pasja to ogromny kop motywacyjny.

Mój partner do grona biegaczy nie należy. Co więcej, on biegania wręcz nienawidzi. Choć z bólem serca, to jednak się z tym godzę. Łączy nas kilkanaście wspólnie przeżytych lat i całe mnóstwo innych zainteresowań. Zmiana partnera z tak błahego powodu jak to, że nie jest biegaczem, byłaby absurdem. Muszę z tym żyć. Do szału mnie jednak doprowadza, jak on nie rozumie, że nie bieganie już trzeci tydzień z rzędu obniża mój pułap tlenowy o ponad 10 %. I siłę mięśni też. „Teraz są ważniejsze sprawy niż Twoje bieganie.” Przyznaję, są. Choć szlag mnie, przeciętną biegaczkę, trafia.

Serce

Co przyniesie jutro?

Z niekrytą zazdrością obserwuję znajomych, którzy starty planują długoterminowo. Korony półmaratonów, maratonów, serie tematyczne biegów, czy wykwintne górskie ultramaratony wypełniają ich biegowe terminarze. Zdecydowanie łatwiej podejść do planowania strategicznego, jeśli można sobie ustawić cały sezon biegowy z góry.

Mnie się to jeszcze prawie nigdy nie udało. Szaleństwo ostatnich lat mi na to po prostu nie pozwoliło. Zmieniając diametralnie swoje życie, przez ostatnie dwa lata zahaczyłam o 3 państwa. Przez długi czas nie byłam przekonana, gdzie zagrzeję miejsce na dłużej. Kiedy ktoś pytał mnie o jakieś wydarzenie w przyszłości odległe o kilka miesięcy, ja tylko się uśmiechałam, bo po prostu nie wiedziałam, co będzie jutro.

Wszystko wygląda na to, że sytuacja się wyklarowała. Rok 2018 może zatem należeć do mnie. Mam już pierwsze pozytywne doświadczenia z planowaniem sezonu biegowego sprzed 3 lat, kiedy to mieszkałam jeszcze w Czechach i przygotowywałam się do pierwszego maratonu. Pierwsze koty za płoty. Teraz czas na upgrade. 😉

Chucham i dmucham. Na siebie.

Szczerze „zazdraszczam” wszystkim biegaczom z końskim zdrowiem. Ciało ze stali sprawia, że mogą eksploatować się do granic możliwości. Jeszcze kilka lat temu też miałam wrażenie, że mogę wszystko i nic nie jest w stanie mnie powstrzymać.

Niestety powstrzymało. 2 lata temu truchtając (dosłownie!) poczułam się dziwnie. Spojrzałam na zegarek sportowy. Moje tętno szybujące okolicach 200 bpm przeraziło mnie. Był to pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wiecie co się okazało? Przechodzona, pozornie niegroźna, infekcja oraz ekstremalne przepracowanie wywołały u mnie nadczynność tarczycy. Choć nie jest to obiektywnie drastyczna diagnoza, to jednak wywróciła na pewien czas moje życie do góry nogami. Wiązała się z kategorycznym zakazem uprawiania sportu. To bolało.

Choć wyszłam z tego obronną ręką i dzisiaj, z nieukrywaną radością mogę w końcu powiedzieć, że jestem zdrowa, to pewna nadwrażliwość na punkcie swojego zdrowia została. O tym, że jesienią pierwsza zaczynam sezon noszenia czapek pisałam w poprzednim wpisie. 😉 Kiedyś biegałam w deszczu, śniegu i upale. Po tym, co przeszłam, boję się trochę ekspozycji na takie esktremalne warunki pogodowe. Mam nadzieję, że to przejdzie. Bill Bowerman, ojciec sukcesu Nike, powiedział, że „Nie ma czegoś takiego, jak zła pogoda. Są jedynie słabi ludzie.” „Albo przewrażliwieni” 😉, dodaję od siebie.

Ciągle biegam

Falstart

Z moją tarczycową anty-przygodą wiąże się jeszcze jeden aspekt, który hamuje mój biegowy rozwój. Jak już w końcu udało mi się, „jako tako” dojść do siebie i cichcem odstawić β-blokery, kilkukrotnie zrywałam się do biegowego powrotu. Kończyło się to zazwyczaj na kilkudniowym mega osłabieniu. Bo za szybko, za intensywnie. Nierozsądnie, jednym słowem. Zwolniłam.

Ale długo nie wytrzymałam i pod koniec zeszłego roku wymyśliłam sobie maraton. Z impetem i szerokim uśmiechem weszłam w fazę treningową. Prawdziwa radocha nie trwała specjalnie długo. Wysoki tygodniowy kilometraż okazał się kontuzjogenny. I tak od tego czasu „bujałam” się od Shin Splints, przez bóle Achillesowe i kolanowe, do blokady biodra włącznie.

Ta chęć szybkiego powrotu do formy, podyktowana tym, że nie tak dawno nie mogłam biegać wcale, jest szalenie zgubna. Nie mam zielonego pojęcia, czy tym razem uda mi się w końcu podejść do tego z rozsądkiem. Wiek i doświadczenie zobowiązuje, więc są szanse.

Amby Burfoot mawia, że „Motywacja jest umiejętnością. Można się jej nauczyć i wcielić w życie.” Czas zatem pójść za jego radą. Głównym motywem nie będzie dla mnie chęć zrzucenia wagi, a wsparcia biegowego nie okaże mi moja druga, biegowa połówka. Gna mnie do przodu jedna przewodnia myśl. Mogę być lepszą biegaczką. To wiem na pewno. Teraz jeszcze muszę przełamać swoje słabości, uzupełnić wiedzę i… pobiec naprzód. 3majcie kciukasy!