BIEGAMPOLSKA

VI Szamotuły Samsung Półmaraton. Ciągle pada.

Joanna574 views
VI Szamotuły Samsung Półmaraton. Na trasie. fot. Anna Strojna

Jest niedzielny poranek. Budzę się przed dzwonkiem budzika. Spoglądając na szaro-burość za oknem odechciewa mi się opuszczać moje ciepłe łóżeczko. A opuścić trza, bo jeśli powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B. Pakiet startowy na VI Szamotuły Samsung Półmaraton odebrany, ciuchy i oprzyrządowanie uszykowane. Do godziny zero jeszcze wprawdzie trochę czasu, ale na śniadanie to już czas najwyższy. Po raz pierwszy w życiu na mój stół „przedzawodowy” nie wjeżdża buła Elvisa, ale pełnoziarnisty chleb z dżemem brzoskwiniowym. Nocowałam na wsi i najzwyczajniej na świecie zapomniałam się zaopatrzyć w jasne pieczywo, masło orzechowe i banana. Boję się trochę, że podczas biegu zastrajkuje mój wrażliwy już sam w sobie żołądek. Późniejszy przebieg wydarzeń przyjmuje tak oszałamiające tempo, że nawet nie wiem, kiedy przekraczam linię startu i… gnam. Jest ogień!!!

Pierwsze kilometry ubiegają w tempie około 5:40 min/km. W planie mam 6:00, dlatego teraz myślę, że chyba oszalałam. Boję się, że może się to skończyć jak 1,5 miesiąca temu w Warszawie. O lekkim kacu moralnym po Wawie możesz przeczytać tutaj. Jednakże tu i teraz biegnie się niesamowicie przyjemnie, bo trasa jest ekstremalnie… nizinna. Uśmiech nie znika mi z twarzy, bo kibice, bo fajne teksty na koszulkach, bo lekkość, coś jakby latanie. W uszach słyszę najlepszą playlistę, jaką do tej pory udało mi się złożyć. Na prowadzenie wybijają się 3 power songi, które Ci serdecznie polecam: Kungs vs Cookin’ on 3 Burners – This girl (nie znam większego earworma), Mariel Mariel – Foto Pa’ Ti i staruszek Daddy Yankee – Gasolina. Co rusz zapętlam któryś z tych kawałków. Uśmiech na mej twarzy wywołuje także wspomnienie wczorajszego „zajścia” przy wydawaniu pakietów startowych. Kilkunastoletni młodzik z rzesz wolontariuszy poprosił mnie o numer telefonu… Poczułam się naprawdę młodo. Czuję się tak i teraz. Mam na sobie koszulkę w ulubionym zielonym kolorze, którą dostałam od moich czeskich koleżanek na 30. urodziny. Napis na piersi głosi „FOREVER YOUNG”, a na plecach widnieje JOANNA 29+. Było to z ich strony efektywne wsparcie w walce z moją depresją okołourodzinową.

Urodzinowa koszulka biegowa

Kolejnym powodem do radości jest szybkie tempo, nieporównywalne z tym warszawskim. Po letnim półmaratonie w stolicy uderzyłam się w pierś i postawiłam na treningi. Odkurzyłam książkę „Biegi długodystansowe” autorstwa Christofa Baura i Bernda Thurnera. Odnalazłam strony, gdzie prezentowane były treningi na przełamanie dwóch godzin w półmaratonie i po prostu za nimi podążałam. Dużą dawką motywacji było też dla mnie przypomnienie sobie rozmowy z moim włoskim przyjacielem z Pragi, podczas której zastanawialiśmy się nad fenomenem biegowym w wydaniu naszego wspólnego rosyjskiego przyjaciela. Ten ostatni pokonał w zeszłym roku po raz pierwszy dystans IRONMANA, jest biegową rakietą i moim niedoścignionym wzorem. Nazywam go moim „Running Master”. Konkluzja wspomnianego dialogu była banalna. Mój Running Master po prostu sumiennie trenuje. Na podstawie analizy swoich osiągnięć układa sobie treningi i przestrzega ich jak każdy porządny człowiek mycia zębów. Nie ma dla niego gorszego dnia, niesprzyjającej pogody, czy brudnych biegowych ciuchów. Running Master trenuje jak szwajcarski zegarek. Ma wprawdzie świetne predyspozycje fizyczne, ale przecież to tylko mała część sukcesu. Reszta to ciężka praca, o czym przekonuję się każdego dnia, nie tylko w bieganiu. Dlatego też zrobiłam swój pierwszy krok w kierunku stania się pre-intermediate biegaczem. Biegałam według książkowego planu, na siłowni inwestowałam czas w trening ogólnorozwojowy, no i… odpoczywałam. To, co nadal pozostaje mi do zgłębienia to rozdział pod tytułem „Odżywianie”. Na szczęście wypracowuję pomału jakąś bazę i zaczynam bardziej o siebie dbać, również pod kątem uzupełniania paliwa. Wiem, że jestem na początku drogi, ale już widać rezultaty, a to motywuje!

Książka Biegi Długodystansowe

Biegnę sobie teraz gładko po szamotulskich okolicach po 5:30 min/km. Kibice dopisują. Na starcie zadbały o mnie moja najwspanialsza Mama oraz przemiła kuzynka. Do rodziny na siódmym kilometrze dobijają przyjaciele ze swoim czworonogiem. Ten będąc niesamowicie rozentuzjazmowany biegowym zamieszaniem, przybija piątkę w moje udo, co zaowocuje siniakiem o średnicy około 6 cm i dwoma ranami ciętymi od pazurów na prawie 20 centymetrów. I tak lubię zwierza. Na wysokości ósmego kilometra podczepiam się pod chłopaka w czerwonej kurteczce. Biegnie mi się dobrze jego tempem. Nie muszę śledzić co rusz zegarka. Wspólnie dobijamy do grupy, która biegnie na 2 godziny. Jestem przeszczęśliwa, bo pokonuję półmaratoński dystans o 6 minut szybciej niż zamierzałam. Uwaga. Współbiegacz zaczyna wyprzedzać baloniki na 2 godziny. Mknę za nim. Następnie ja go wyprzedzam, później on znowu pojawia się przede mną i tak już będziemy się tasować do samego końca.

VI Szamotuły Samsung Półmaraton. Biegowe szczęście. fot. Wiola Harkiewicz
fot. Wiola Harkiewicz

Po drodze korzystam z punktów odżywczych pijąc wyłącznie wodę. Jestem zaopatrzona w moje ulubione czeskie żele, dlatego nie potrzebuję żadnego jedzonka. Muszę przyznać, że wszystkie punkty są świetnie przygotowane pod kątem ilościowym, jakościowym i panuje tam świetna atmosfera. Przemiłe podlotki wręczają kubeczki z wodą. Las rąk oszałamia i nie wiadomo, od kogo odebrać napój. Wolontariusze dodatkowo dopingują i uśmiechają się. Na trasie spotykam także kibiców, którzy stoją przed swymi domami i podgrzewają atmosferę.

Nawet pogoda nie jest taka straszna, jak by się mogło wydawać. Dziewięciostopniowy chłodek z lekką mżawką nie przeszkadza mknąć. Startowałam już w zdecydowanie gorszych warunkach. Pod względem pogodowym noworoczny półmaraton w Zurychu na głowę bije ten szamotulski. 1. stycznia 2014 roku tuż po północy pokonywałam trasę 21,0975 km przy trzech stopniach mrozu, w nieoświetlonym trailowym terenie. Tragizmu dodał kawałek Adele „Skyfall” z wstępnym wersem „This is the end”, który zaczął rozbrzmiewać w moich uszach w zakamarkach lasu, gdy byłam na trasie zupełnie sama. To był dopiero hardcore!!! Mimo wszystko uważam zuryski półmaraton za bardzo udany start i zdecydowanie chciałabym to w przyszłości powtórzyć.

VI Szamotuły Samsung Półmaraton. Medal

Tymczasem trasa szamotulskiego półmaratonu zbliża się do końca. Już widzę linię mety. Włączam mode sprint. Pędzę, na ile starcza mi sił. Wyłączam zegarek i oczom nie wierzę. VI Szamotuły Samsung Półmaraton kończę z czasem o 17 minut lepszym od warszawskiego! 1 godzina 56 minut i 12 sekund. Na szyi zawisa medal. Kolejny do kolekcji. Życie jest piękne! Skaczę ze szczęścia, trochę się rozklejam i wycałowuję moje dzielne kibicki, które czekają na mnie zmarznięte z bananem i wodą. Po biegu wcinam przepyszny posiłek regeneracyjny – Spaghetti Bolognese, przygotowany przez organizatorów. Częstują także ciastem i kawą. Obsługa jest na najwyższym poziomie. Z moją drużyną i jedzonkiem chowam się przed deszczem do przygotowanego namiotu. Jest wprawdzie trochę zimno, ale przynajmniej nie mokniemy. Rozlosowywane są nagrody rzeczowe. Niestety nie byłam ani 6, ani 16, ani 160, dlatego muszę się obejść smakiem na wieść o wygranych lodówkach i pralkach. Jestem daleko, daleko na liście wyników, bo dopiero na miejscu 730. Dla mnie jednak nie liczy się dzisiaj numer, ale niesamowity postęp, którego dokonałam w swoim sportowym życiu przez zaledwie 1,5 miesiąca. To motywuje. I to jak! Kto wie, może jak tak dalej  będę „cisnąć”, to załapię się na Olimpiadę. A może jednak nie… Nie to jest ważne. Liczy się osobiste dążenie do realizowania wyznaczonych przez siebie celów. Szamotuły, Samsung – dziękuję za cudownie spędzoną niedzielę!