Bieg Kobiet. Seria niefortunnych zdarzeń

Joanna840 views
Bieg Kobiet w Poznaniu. Medal

Pierwszą sobotę października inauguruję słodkim śniadaniem, w skład którego wchodzą: buła z masłem orzechowym i miodem oraz banan. Jeśli tak zwana buła Elvisa ląduje w moim porannym menu, to wiedz, że coś się dzieje… Tak, tak, zamierzam znowu zawalczyć biegowo z samą sobą na zawodach. Tym razem będzie to 15-kilometrowy Bieg Kobiet na poznańskiej Cytadeli. W chwilę po śniadaniu naciągam kompresyjne „podkolanówy”, pakuję plecak i śmigam do centrum Poznania. Do samego końca nie wiem, czy uda mi się dotrzeć na linię startu na czas. Wychodzę z domu, jak się okazuje, zbyt późno, w mieście są korki… Dodatkowo pojawiają się problemy ze znalezieniem miejsca parkingowego. W końcu jednak udaje mi się zaparkować. Wysiadam, łapię biegowe wyposażenie i śmigam pod Dzwon Pokoju i Przyjaźni Między Narodami, gdzie znajduje się linia startu i mety. To dopiero początek. Czas pokaże, że całe zawody będą dla mnie pasmem perypetii, na szczęście z bardzo przyjemnym finałem.

Na start docieram, o dziwo (!), na czas. Tłumy pięknych kobiet (ależ Polki są cudne!) w koszulkach z hasłem Biegu Kobiet „Zawsze pier(w)si” „przedreptuje” z nogi na nogę. Sama idea biegu jest szlachetna. Ma na celu uświadamiać kobiety o potencjalnym zagrożeniu nowotworem oraz promować regularne badanie piersi. Okazuje się, że spóźnialskie odbierają jeszcze swoje pakiety startowe. Pierwszy raz spotykam się z taką wyrozumiałością organizatorów. Start opóźnia się przez to o prawie 30 minut! Nie powiem, jestem trochę zirytowana. Dzisiaj nie towarzyszą mi osobiści kibice, dlatego kurtkę zostawiłam w samochodzie i jest mi po prostu… zimno. W końcu start. Jako pierwsza rusza piąteczka. Po dziesięciu minutach na trasę zostaje wypuszczona moja grupa na 15 „kilosków”. Włączam zegarek. Na ustach gości uśmiech. Biegnę. Niezbyt długo. Kilka metrów za linią startu wypada mi z paska… żel energetyczny. „Qrcze”, muszę się cofnąć i go podnieść, ponieważ jestem wyposażona tylko w dwie sztuki tego specyfiku. Przedzieram się więc przez tłum biegnący w przeciwnym kierunku. Mam. Podnoszę i ruszam dalej. Żele postanawiam po staremu trzymać w ręce, bo pasek się po prostu nie sprawdza. Jestem zła na siebie, że nie wypróbowałam go wcześniej. Gdzieś po 3. kilometrze złość pojawia się jeszcze raz, kiedy gubię nową sportową opaskę na włosy. Z tą różnicą, że ta ginie bezpowrotnie. Jej też wcześniej nie przetestowałam. Swoją drogą dla kogo oni je produkują? Jajogłowych uśmiechających się w reklamach istot? Głowę mam całkiem dużą, a na gęstość włosów też nie narzekam, dlatego myślałam, że opaska się sprawdzi. Robię sobie wyrzuty, że wzięłam na zawody sprzęt, którego nie przetestowałam wcześniej w akcji. Stało się to po raz pierwszy w moim życiu i mam nadzieję ostatni. Na domiar złego muszę się jeszcze zająć rozwiązanym sznurowadłem. Jak pech, to pech!

Bieg Kobiet w Poznaniu. Przed startem

Czas wrócić myślami na trasę, która jest po prostu… bajkowa. Postanawiam się nią maksymalnie rozkoszować. Hulam po zbiegach, które uwielbiam. Do dzisiaj chce mi się śmiać na wspomnienie półmaratonu w Ołomuńcu, który biegłam z moim przyjacielem – osobistym „pacemakerem”. Euforycznie krzyczałam mu, jaki ze mnie „downhillowiec”, za każdym razem, gdy zbiegaliśmy. Trasa na Cytadeli prowadzi między drzewami i klombami kwiatów, nawierzchnią asfaltową i żwirkiem. Biegnie mi się fantastycznie. Czuję, że latam. Spoglądając na swój zegarek stwierdzam, że biegnę za szybko. Pojawiają się myśli, że znowu przepalę, że nie potrafię się uczyć na własnych błędach. Z oczekiwanych 6:00 min/km robi się 5:45 i mniej. Moim celem jest ukończyć to 15 „kilosków” poniżej 1 h 30 min. Wszystko wygląda na to, że jest to w zasięgu ręki. Męczę się, ale czuję zarazem niesamowitą lekkość. Uświadamiam sobie, że moje marzenia mogą być ambitniejsze. Zresztą ostatnio coraz częściej przekonuję się o tym w swoim życiu. Podczepiam się pod starszą parę, za którą podążam przez kilka kilometrów, jak za osobistymi zajączkami. Początkowo wydaje mi się, że biegną za szybko i pewnie długo tak nie wytrzymam. Przy którymś zbiegu czuję jednak taki przypływ energii, że gnam przed siebie zostawiając ich z tyłu.

Czas na żele. Delektuję się specyfikami mojej ulubionej czeskiej firmy, tym razem smakując śliwkę i pomelo. Po prostu yummy! Punkt odżywiania jest tylko jeden (!), po pierwszym okrążeniu, za 7. kilometrem. Pierwszą dawkę żelu wcinam więc bez popijania wodą. Jakoś daję radę. Żele dzielę na 4 porcje. Ostatnią mam w planie wciągnąć na podbiegu około 1 kilometra przed metą. „Oh yeah!” Mam za sobą 1. okrążenie. Po przybiciu piąteczki z konferansjerem i wypiciu skromnego kubeczka wody, gnam dalej. Jestem w siódmym niebie. Nadal mam siły. Nadal pędzę, jak na swoje standardy. Przypominam sobie moją pierwszą przygodę biegową, która miała miejsce właśnie na Cytadeli 23 lata temu. Jako ośmiolatka wystartowałam, zupełnie bez przygotowania, w biegu na bodajże „kiloska” i… zajęłam 3. miejsce w kategorii od 8 do 12 lat. Do dziś pamiętam, jak moja kuzynka, z którą startowałam, wyrażała obawy, czy w ogóle dam radę przebiec ten dystans. A tu taki psikus!

BIeg Kobiet Zawsze Pier(w)si w Poznaniu

Na trasie Biegu Kobiet jest bardzo wesoło. Kibice rozsyłają uśmiechy i wspierające okrzyki. Brzdące przybijają piątki mocy. Kobietki, które ukończyły piąteczkę unoszą na widok biegnących kciuk w górę. Myślę, jak wielką rolę odgrywają na trasie kibice i z głębi serca dziękuję im za doping. Już jeden uśmiech działa cuda. Do mety pozostają nadal dwa kilometry, a ja śmigam jak szalona.

Trochę słabo robi mi się z innego powodu. Przebiegając obrzeżami Cytadeli widzę, jak Straż Miejska ochoczo wystawia mandaty za złe parkowanie. Auta pozostawione na skwerkach i uliczkach obok parku żółcą się od blokad na koła. Zastanawiam się, czy kwestia parkowania aut na takiej imprezie sportowej nie powinna być w jakiś sposób doglądana przez organizatora. Tym bardziej, że w pobliżu Cytadeli nie tak łatwo zaparkować. Złoszczę się też na Straż Miejską, która nie okazuje żadnej wyrozumiałości w tych sportowo-zdrowotnych okolicznościach. Nic, biegnę dalej.

Jeszcze ostatni podbieg, który udaje mi się pokonać relatywnie szybko. Na 60 metrów przed metą włączam mój ulubiony mode – sprint. Finiszuję czując niezwykłą radość i satysfakcję. Dostaję oryginalny medal w postaci fuksjowo-srebrnej bransoletki. Choć przyznam szczerze, wolałabym taki tradycyjny… Tuż po złapaniu oddechu spoglądam z niekrytą ciekawością na zegarek. Prawie eksploduję ze szczęścia. 5:47 min/km. Nie mogę w to uwierzyć! Jestem dumna z siebie. Nie zmienia tego nawet fakt, że trasa jest krótsza niż 15 kilometrów. Zegarek pokazuje 14,38 km. Cóż trasa niecertyfikowana, to różnych rzeczy można się spodziewać. Dla mnie liczy się tempo. Spacerując i łapiąc oddech słyszę, że na scenę wzywają kogoś, kto ma dzisiaj na sobie czerwone gacie. Nie zważając na nic, lecę tam. Później okazuje się, że wraz z kilkoma innymi kobietkami, biorę udział w konkursie. Wygraną mają być szosowe weekendowe szaleństwa w wypożyczonej, zatankowanej do pełna Mazdzie. Niestety, kiedy prezentowana była marka, biegłam jeszcze, a później dochodziłam do siebie. Nie znam odpowiedzi na pytania. Szkoda, brat by się ucieszył. To nic, nadal czuję się fantastycznie.

Bieg Kobiet w Poznaniu. Finiszerka

Dzisiejszy dzień jest na szóstkę. Zawody biegowe w moim ukochanym Poznaniu odhaczone. Dodatkowo pierwsze samobadanie moich mini biegowych piersi uskutecznione. Analizuję bieg. Skrzydeł dodaje mi myśl, jak ciężka praca przekłada się na dobre rezultaty. Świetne jest to, jak każdy biegowy początek, w moim przypadku powrót po rocznej przerwie, przynosi bardzo szybkie poprawy wyników. Wiem, że czeka mnie jeszcze wiele ciężkiej pracy, ale też całe mnóstwo wspaniałych startów, których już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że spotkam Cię kiedyś na trasie. Nim to nastanie, koniecznie zbadaj swoje „cycki”. No chyba, że jesteś mężczyzną, to zachęć do tego swoją partnerkę, mamę, czy siostrę.