3. BMW Półmaraton Praski. Szczęśliwy żółw

Joanna2 comments11516 views
3. BMW Półmaraton Praski. Medal

Jest niedzielny poranek. Ostatni weekend wakacji 2016 zapowiada się upalnie. Zegar ledwo co wybił 8 godzinę, a z nieba już leje się żar. Z przerażeniem myślę, co będzie później. Stoję na starcie 3. BMW Półmaratonu Praskiego w mieście stołecznym Warszawie. Z niecierpliwością i niekrytym wzruszeniem, czekam na swój re-debiut. Pierwszy raz po chorobie, która sponiewierała mnie nieziemsko na początku zeszłego roku, atakuję dystans 21,0975 km. Mój dystans. Pierwszy raz w Polsce. Ciągle nie mogę w to uwierzyć, że znów mogę biegać. Kiedy mówię o tym mamie, głos mi się łamie a do oczu napływają łzy. Okupuję strefę na dwie godzinki otoczona ludźmi gigantami (przy moim skromnym metrze sześćdziesiąt to raczej nietrudne). Zaczynam się pocić, znowu myśleć o toalecie, skubać gąbkę z pakietu startowego, która jak się jeszcze okaże, uratuje mi dzisiaj dupsko. Jest 8:30. Najszybsze torpedy już pognały na trasę. Kolejne strefy tłumnie zbliżają się do linii startu. Ja już chcę przekroczyć tę magiczną bramę i po prostu biec…

W końcu przychodzi ten upragniony moment. Biegnę. Zegarek włączony. Muzyczka rozbrzmiewa w uszach. Banan na twarzy. Wzruszenie nie odpuszcza. Żyć, nie umierać! Początek jest jak zawsze łatwy. Może zbyt łatwy? Boję się, żeby nie „przepalić” startu. Biję się z myślami, czy biec na dwie godziny. Warunki atmosferyczne nie są sprzyjające a ja nie jestem w najlepszej formie. Odstawiam ambicje na bok. (Tak, dobrze czytasz. Dla niektórych i dwie godziny są ambitnym planem.) Postanawiam po prostu biec i zwiedzać warszawską Pragę. Zbyt długo mi się to nie udaje, bo przy stacji z napojami między 2. a 3. kilometrem wywijam orła na mokrym asfalcie. To musi wyglądać komicznie. Po ekspresowych oględzinach podnoszę się i otrzepuję. Jakaś dobra duszyczka pyta, czy wszystko ze mną w porządku. Dziękuję, potwierdzam i “letę” dalej. Słyszałam już od jednego osobnika, że mam dwie lewe ręce, ale o dwóch lewych nogach jeszcze nikt nie wspominał. Pal licho. Jestem cała i biegnę.

Po 4. kilometrze biegowy peleton rozdziela się na dwa strumienie. Atakujący 4F Praską Piątkę (dystans pięciu kilometrów) skręcają w prawo zbliżając się do mety, a półmaratończycy gnają dalej prosto. Nagle biegnie mi się jakoś ciężko. Po raz pierwszy pojawia się myśl, że powinnam była zostać przy 5 kilometrach. Może to jeszcze za wcześnie na długie dystanse. Co jeśli organizm się zbuntuje? Odganiam te paskudne myśli. Łykam ulubiony czeski żel energetyczny i w przypływie nowej energii gnam do przodu. Wbiegamy w cień blokowiska. Jak tu błogo! Dzielę się swoimi wrażeniami z panią, która właśnie pojawia się po mojej prawej stronie. Uśmiecha się i przytakuje. Aha, czyli nie tylko mi jest tak cholernie gorąco.

Przy najbliższym punkcie odświeżająco-żywieniowym wylewam na siebie chyba z pół miski wody. Nieuważnie chlapię na twarz i… czuję, jak sklejają mi się “rzęsiory” a tusz zaczyna płynąć po policzkach. Niezgrabnie ścieram smugi spod oczu, mając nadzieję, że nie wyglądam komicznie. Swoją drogą dobry dystraktor. Jeszcze kilka razy mam kontakt z dużymi ilościami wody na trasie. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i oprócz klasycznych gąbkowych stacji odświeżających są również rozstawione węże strażackie, tryskające zimnym strumieniem wody. Po którymś z kolei jestem już zupełnie przemoczona. Nawet buty człapią. Gdyby nie ta woda, myślę, że byłoby ze mną krucho w tym upale. No i gąbka. Zwilżam nią twarz i kark. Nie znoszę tego uczucia, kiedy nie jestem w stanie rozeznać, co jest bardziej gorące, czy moje ciało, czy powietrze.

Każdy krok sprawia wrażenie przemieszczania się w gorącej brei. Fuj! Pod dostatkiem jest też na szczęście wody pitnej. Choć wolontariusze nie nadążają nalewać jej do jednorazowych kubeczków. Tacy wszyscy dzisiaj spragnieni. Jakiś uśmiechnięty chłopaczek wręcza mi więc całą półtoralitrową butlę… Duża część trasy jest poprowadzona w szczerym słońcu. Cienia prawie nie można uświadczyć. Jak tylko się pojawia, cały strumień biegaczy przelewa się na ocienioną stronę drogi. Bardzo sympatyczny widok.

3. BMW Półmaraton Praski. Trasa

Przed trzynastym kilometrem, na Wale Miedzeszyńskim (tak przynajmniej twierdzi mapka startowa), ciągnącym się wzdłuż Wisły, trasa zawraca. Przez chwilę mogę obserwować biegaczy, którzy pokonują dystans w wolniejszym ode mnie tempie. Jest tam wiele szczupłych osóbek o wysportowanych ciałach. Gdybym spotkała je w innych okolicznościach, pomyślałabym, wnioskując z ich wyglądu, że muszą być biegowymi rakietami. Szybko karcę się za pochopne wyciąganie wniosków. Przecież każdy biegnie swoją historię. Może są po chorobie, kontuzji, dłuższej przerwie, zaczynają dopiero, nie mają dobrego dnia. Może to ich standard. Dla kogoś, kto pokonuje półmaraton w 1:30 to ja jestem „powolniakiem”. Każdy jest inny, ale łączy nas to, że każdy biegnie teraz ten półmaraton i walczy ze swoimi słabościami.

Jeśli o słabościach mowa, to mi się właśnie gdzieś tam za 16. kilometrem dosłownie słabo robi. Upał niesamowity, słońce żarzy, karetki krążą odwożąc kolejnych padniętych biegaczy. Serducho chce mi wyskoczyć z piersi. Dochodzi do historycznego momentu. Po raz pierwszy z życiu (pomijając punkty żywieniowe) przechodzę kilkadziesiąt metrów, aby się trochę uspokoić. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale jak tak, kurcze, mam iść, skoro dokoła mnie wszyscy śmigają. Dobra. Biegnę dalej. Już do końca, bez żadnych perypetii, śmigam mega zmotywowana a od 20. kilometra dodatkowo się wzruszam (…bo jak…, …bo znowu jestem w stanie pokonać 20 kilosów, aaaa! Życie jest piękne!). Pędzę do mety, ile tylko sił w nogach. Dodatkowo motywuje fakt, że czekają tam na mnie najwspanialsi na świecie rodzice, którzy poświęcili swój wolny weekend, żeby wybrać się ze mną do Warszawy. Swoją drogą zapewniam im całkiem ciekawe atrakcje, włącznie z noclegiem w najbardziej chyba hipsterskim hostelu Wawy.

3. BMW Półmaraton Praski. Veni vidi vici.

Jest i ostatnia prosta! Już widać metę. W głowie świta myśl, żeby nie „przepalić” finiszu i nie zemdleć parę metrów przed końcem. Do mety dobiegam zatem czymś na kształt sprintu (nie oszukujmy się, do sprintu temu czemuś daleko). Przeszczęśliwa. I znowu wzruszona. Jest i medal. Cudowny. Biało-srebrno-niebieski. Sympatyczne dziewczę wiesza mi go na szyi i gratuluje. Patrzę na moją zdobycz. Głosi, że teraz jest moja chwila.

Patrzę na zegarek. 2 h 13 min 16 sek. Mam trochę mieszane uczucia, bo nawet debiut był bardziej udany. Wątpliwości rozwiewa moja mama, która mówi, że każdy czas jest dobry. Tata uśmiecha się i stwierdza, że już samo przebiegnięcie takiego dystansu w takim skwarze jest osiągnięciem. Odzywa się we mnie racjonalna pani psycholog twierdząc, że są to racjonalizacje. Na szczęście głos odbiera jej mieszkająca we mnie emocjonalna Joanna, która wie, że to dopiero początek. Biegowy restart. Po chwili przychodzi refleksja, czy nie oczekuję od siebie zbyt wiele. Udowodniłam sobie, że znowu mogę. I to jest w tym wszystkim najważniejsze. Teraz czas na treningi, które posuną mnie kawałek dalej. I tego się trzymam!